Inny jest zagrożeniem. Wywiad z Bartkiem Miernikiem
12 maja 2023 roku w Książnicy Zamojskiej odbędzie się spotkanie autorskie z Piotrem Szewcem i Henrykiem Szkutnikiem, połączone z promocją nowej książki poety z ilustracjami malarza. Z tej okazji przypominamy o adaptacji Zagłady - słynnej powieści Piotra Szewca z 1987 roku, którą w 2020 roku wyreżyserował Bartek Miernik. Zapraszamy do lektury rozmowy z twórcą.
Marek S. Bochniarz: Jak natrafiłeś na twórczość Piotra Szewca?
Bartek Miernik: Piotra Szewca bardziej mi pokazano. I to pokazali mi go ludzie stąd, z Zamościa, w 2010 roku. Grażyna Kawala z Zamojskiego Domu Kultury wystawiała jakoś wtedy z młodzieżą adaptację jego powieści Zmierzchy i poranki. Przyjechałem na tydzień jako pan krytyk z Warszawy, z miesięcznika „Teatr” na zamojskie Lato Teatralne. Zostałem „położony” w Hotelu Renesans i wydał mi się on bardzo dziwny, niepasujący do renesansowej tkanki miasta.
Jeden z wolontariuszy – Kamil Sulima, z którym mam do dzisiaj kontakt i jest moim dobrym kolegą, powiedział: „Słuchaj, gram w spektaklu Zmierzchy i poranki. To świetny tekst, ale ten gość napisał coś, co jest moim zdaniem jeszcze lepsze. To Zagłada. Weź to sobie przeczytaj!”. Kupiłem egzemplarz, zapoznałem się z nim i wiedziałem, że będę chciał coś z tym kiedyś zrobić.
I tak ta Zagłada stała sobie u mnie na półce. Kiedy parę lat temu rozpocząłem drugie życie jako osoba, która robi rzeczy bardziej twórczo niż odtwórczo, to w pewnym momencie – obok teatru interwencyjnego, ważnego społecznie, intensywnego pod względem tematów – uznałem, że chcę się sprawdzić w pracy z tekstem literackim. To była typowa, czysto egotyczna potrzeba sprawdzenia się w tkance teatru opartego literaturę. Poza tym Roztocze było mi coraz bliższe – choć geograficznie Zamość nie należy do niego – i chciałem tu zrobić większe entree. Wybrałem na nie tekst Zagłady.
Czy łatwo było zrealizować to przedstawienie?
Dwukrotnie projekt spektaklu odpadł w konkursie ofert miasta Zamość na wydarzenia z dziedziny kultury i sztuki. Odrzucono go uznając, że nie ma sensu tego robić i ważniejsze są imprezy folklorystyczne, czy misterium męki pańskiej lub koncert kolęd i pastorałek. Za trzecim razem, dzięki wstawiennictwu Grażyny Kawali, jej uporowi i wierze w ten projekt, Zamojski Dom Kultury zdecydował się zrealizować to przedstawienie z własnych środków jako część Zamojskiego Lata Teatralnego. Oczywiście na spektaklu pokazał się prezydent i cała reszta urzędników na galowo i przy mikrofonie.
Piotra Szewca niestety nie było wśród publiczności. Napisał nam za to przepiękny liścik, życząc powodzenia na premierze. Mam nadzieję, że miał okazję zobaczyć ten spektakl choć w formie rejestracji wideo. Póki co osobiście się jeszcze nie poznaliśmy.
Czyli poznacie się dopiero teraz, w maju.
Bardzo chcę przyjść na spotkanie autorskie z nim w Książnicy Zamojskiej. I wtedy nadejdzie ten moment...
Spektakl sytuuje się dość daleko od pierwowzoru literackiego. Jak wyglądał proces pracy nad adaptacją Zagłady?
Sztukę teatru uważam za znacznie gorszą dziedzinę kultury od literatury. Oczywiście teatr ma też i strony będące jego przewagą. Niemniej w literaturze trzeba wyobraźni czytelnika, a na scenie masz do czynienia z wyobraźnią adaptatora, za którą jako widz musisz podążyć. Jedyne, co możesz wybrać, to w które miejsce spojrzysz. Czyli zostaje ci tylko montaż.
Zależało mi na tym, aby przekazać bardziej ideę, klimat, poezję tego tekstu, niż podążać słowo w słowo za autorem. Adaptacja powieści obarczona jest tym, że zderzasz się z czytelnikiem, który ma swoją Zagładę. Dlatego najtrudniej jest reżyserować Mistrza i Małgorzatę czy Pana Tadeusza. Zawsze trzeba coś uciąć i na coś się zdecydować, co wywołuje protesty czytelników, którzy pierwowzór widzą inaczej, w ich mniemaniu lepiej niż adaptator.
W przypadku Zagłady też się z tym zetknąłem. Przede wszystkim – przyspieszyłem akcję. W powieści Szewca mamy rok ‘34, a ja wybrałem ‘39. To bardzo duża zmiana. Uznałem, że zakotwiczę spektakl w sierpniu 1939 roku. To lato, o którym wszyscy mówili, że w jego trakcie przyroda buchnęła intensywną żywotnością – jakby przeczuwając, że coś się wydarzy. Był to ostatni zryw przed zniszczeniem. Potworny upał, który panuje w akcji Zagłady, wydał mi się zaczątkiem, zaczynem katastrofy, która nadejdzie. Dlatego jedną z postaci nazwaliśmy Fauna, która szybko skojarzyła mi się ze starocerkiewnym albo Żydem – brodatym, starszym człowiekiem. Szarpanie go za brodę ilustruje relacje z innością w końcu lat 30.
Całą zamojską starówkę – choć w Zagładzie aż tak dużo jej nie ma – zajmowali przecież Żydzi. Icchok Lejb Perec pisał we wspomnieniach, że Polacy pełnili na niej tylko funkcje usługowe, a wszystkie budynki zamieszkiwali Żydzi. Najbardziej chciałem pokazać katastrofę tego świata. Od samego początku Kobieta – Cyganka/Prostytutka – wie, że nadejdzie unicestwienie. Prowadziliśmy tę linię z grającą ją Teresą Filarską, aby katastrofa wisiała w powietrzu. Mówię „my”, bo adaptacja to dzieło Marty Fortowskiej, które wypłynęło z naszych wspólnych rozmów.
Co było dla ciebie ważne w pracy nad wystawieniem Zagłady?
Zależało mi, aby pokazać świat, którego już nie ma. Bo gdy dziś o tym rozmawiamy w kawiarni przy Rynku Wielkim, to znajdujemy się w scenografii – w dekoracjach czegoś, co przed wojną było żywe. Wtedy tętniło tu życie. Na starówce, na rynku rosły drzewa i trawa, były rabaty. Wraz z tymi ludźmi to wszystko zniknęło. To ładne, powiatowe miasto – miasto prywatne – nagle wyparowało. Zostały puste kamienie, które – jak pisze Szewc – nie chłodzą. Fortyfikacje, popękane mury... Chciałem pokazać, że coś się skończyło.
Starałem się to zrobić tak, jakbym sam chciał Zagładę obejrzeć. Aby ktoś, kto nie przeczytał powieści i jest „nieprzygotowany”, mógł się tym zachwycić.
Gdybym miał robić film, to na pewno poprosiłbym Piotra Dumałę o pomoc. W jego rysunkowej wersji Zagłada byłaby świetna.
A jak spektakl odebrała publiczność? Co pomyśleli o tym obecni zamościanie?
Ciężko jest mi odpowiedzieć, bo widownia była bardzo różna. Graliśmy Zagładę na Zamojskim Lecie Teatralnym w weekend na początku września – w okresie, gdy w tym mieście jeszcze są turyści. Osoby, z którymi rozmawiałem, odebrały ten spektakl bardzo dobrze. Wszyscy nam gratulowali. Pewnie duża część publiczności nie znała powieści Piotra Szewca.
Jak wypadły dwie różne wersje spektaklu – plenerowa i salowa?
Wersja plenerowa została zaprezentowana w parku – w miejscu, w którym kiedyś znajdowała się szachownica. Znajduje się tam niecka, która tworzy naturalny amfiteatr. Na dole i górze siedziała widownia – około dwieście pięćdziesiąt osób.
U podnóża niecki, na łące kwietnej pośród maków i innych roślin, rozwiesiliśmy sznury z praniem. Przez pobliski fort przechodzi korytarz, po którego pokonaniu wychodzimy na ten teren. Wybiegała stamtąd Alicja Stankiewicz grająca Dziewczynkę. Przy podłodze korytarza zamontowaliśmy zbierające mikrofony. Dzięki nim bardzo mocno było słychać ten bieg. Aktorka siadała na rowerek i jeździła nim dookoła. Za nią szedł fotograf, który odtwarzał z pamięci poszczególne zdjęcia.
Trochę zajęło nam przeniesienie tego przedstawienia na deski sceny. Zrezygnowaliśmy wtedy z rowerka. Zamiast niego wprowadziłem inny rekwizyt – krzesło kręcone. Został też dodany motyw ze szkłem powiększającym.
Gdzie jeszcze była grana Zagłada?
Graliśmy ją na przykład w Zwierzyńcu. Najlepszy spektakl w wersji salowej odbył się w Szczebrzeszynie, raz dla młodzieży i wieczorem dla dorosłej publiczności. Graliśmy tam Zagładę w czterechsetletniej, dawnej synagodze. Podczas wojny spalili ją Niemcy, nie pełni już funkcji religijnych. Obecnie mieści się w niej sala ośrodka kultury. Już na próbie widziałem, co się tam dzieje z aktorami. Robili pauzy zbierające siebie nawzajem. Przygniatał ich ciężar miejsca, w którym grali, tej historii. Zupełnie inaczej wypadły przez to sceny z dręczeniem Żyda, czy monolog Marka b. Chodaczyńskiego o spadającej kuli, był znacznie intensywniejszy, wprost niemal mówiący o zagładzie Żydów.
To samo czuła widownia. Gdy zaczynaliśmy tam rozmowy z publicznością, to najpierw przez kilka minut milczeliśmy. Wizyta w Szczebrzeszynie była dla mnie ważnym momentem, bo przecież synagoga leży tuż obok ogromnego kirkutu, a miasteczko w ponad połowie było zamieszkiwane przez ludność żydowską przed wojną. Zatem w tych mniejszych miejscowościach temat shoah jest w wymowie przedstawienia niezwykle silny..
Zagładę zagraliśmy również w Warszawie – i tam zrealizowaliśmy jej rejestrację wideo. W wersji salowej wystawiliśmy ją także w Zamojskim Domu Kultury. Odwiedziliśmy również Józefów Biłgorajski. To ciekawe miasto, co zapomniało swojej przeszłości – a w tym regionie ma największy kirkut, na którym znajduje się ponad czterysta macew. Tymczasem władze główną atrakcję zrobiły z kamieniołomu. Przed wojną był to typowy sztelt, w którym 90% ludności stanowiła ludność żydowska.
Czy nie jest trochę tak, że zamościanie nie znają twórczości Piotra Szewca?
Że tylko zamościanie go nie znają?
Pytam o nich, bo pisał o Zamościu. Mam przy tym wrażenie, że musiał stąd wyjechać i przenieść się do Warszawy, by napisać te trzy książki o rodzinnych stronach.
Paradoks polega na tym, że w Zagładzie słowo „Zamość” nie pada. Wydaje mi się, że zamościanie Szewca nie znają. Stąd ciekaw jestem, ile osób przyjdzie na spotkanie z nim.
Pytam o to, bo tak długo, jak mieszkałem w Zamościu, nigdy o Szewcu nie słyszałem. Moja rodzina również go nie zna. Dopiero wiadomość o tym, że wystawiasz Zagładę spowodowała, że odkryłem jego twórczość.
To dziwne, prawda? A mówimy o autorze, którego powieści zostały przetłumaczone na kilkanaście języków! Osoby, które w Zamościu zajmują się kulturą, siłą rzeczy znają twórczość Szewca. Jego ostatnie tomiki zostały zresztą wydane przez Zamojski Dom Kultury i Książnicę Zamojską.
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno nie poznałem nikogo spoza bardzo wąskiego środowiska pracowników instytucji kulturalnych tego miasta, kto znałby Szewca.
Czy zatem zdarzali się widzowie, którzy po spektaklu podchodzili i dziękowali ci, że w ten sposób właśnie odkryli jego twórczość?
Tak. Masz rację. Po każdym ze spektakli robimy spotkanie z widzami. W Szczebrzeszynie, gdzie na widowni siedziało siedemdziesiąt osób, nikt nie znał Zagłady. To było zadziwiające.
Dla zamościan, którzy dotarli na wystawienie Zagłady w parku czy w Zamojskim Domu Kultury, też pewnie musiało być to odkryciem. I powiedzieli sobie: „Musimy to przeczytać”.
Mam nadzieję. Bo właśnie tego bym chciał. Bardzo ciężko było zaadaptować ten utwór. To był kosmos! Bo jak zaadaptować coś, co jest napisane tak bardzo wrażeniowo, poetycko, sensualnie? Ta powieść opowiada przecież o jednym, rozciągniętym dniu lata. Nie ma w niej zbyt wiele dialogów, czy wypowiedzi bohaterów. To krótki, ale niełatwy utwór dla kogoś, kto chciałby go przeczytać „na raty”, dojeżdżając do pracy zamojską linią autobusową dwanaście-piętnaście minut – bo tyle mniej więcej ta trasa trwa.
Dlatego mam nadzieję, że po wystawieniu Zagłady w Zamościu choć trochę osób sięgnęło po powieść. Bardzo bym tego chciał.
Czy Zamość albo twój rodzinny Zwierzyniec są w twoim odczuciu antysemickie?
Nie wiem, czy Zwierzyniec taki był. Według spisów niemieckich, przed wojną mieszkało ponad 30% Żydów. Było ich tak mało dlatego, że Zwierzyniec od XIX wieku był osadą ordynacką, urzędniczą i inteligencką. Perec pod koniec XIX wieku pisał o Zamościu „z Polaków, to nie mam tu z kim rozmawiać” dlatego, że ordynat wszystkich inteligentnych Polaków wywiózł do Zwierzyńca do biur.
Sytuacja w Zwierzyńcu podczas wojny została udokumentowana przez twórców dwutomowego dzieła Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski. Jest tam opisany jeden Polak, który zabijał Żydów na, że tak powiem, „własne potrzeby”. Kiedy była Zagłada, Żydzi starali się uciec. Część uciekła w dziwny sposób. Lekarz zwierzyniecki chodził ubrany jak Polak, więc jak Niemcy szli wyszedł po prostu z miasteczka z żoną. Tych Żydów, co mieli mniej szczęścia, pędzono na Biały Słup w Zwierzyńcu, skąd transportem kolejowym byli wywożeni do miejsca zagłady w Bełżcu. Brakuje źródeł na temat tego, na ile w tym miasteczku było to wszystko inspirowane przez Polaków.
Nieprzypadkowo, jak robiłem spektakl Wir o jednym z żołnierzy AK działających na tych terenach – inna była pamięć o nich pamięć a inne fakty – to wziąłem Konrada Bartoszewskiego „Wira”dowódcę oddziału, co do którego nie ma źródeł, że działał przeciwko Żydom. Bo jak sprawdzałem inne oddziały i postaci, to w czasach wojny nie było tu ludzi całkowicie czystych. Dlatego właśnie wybrałem „Wira”.
A jak jest dzisiaj? Dziś nie ma Żydów. Ciężko być czynnym antysemitą, gdy nie ma Żydów. Można być tylko deklaratywnym antysemitą. Na pewno Roztocze Środkowe to miejsce, w którym nie lubi się inności. To region niedawno pozdejmowanych stref anty-LGBT – ze względu na strach, że nie otrzyma się funduszy unijnych. A przecież wciąż jeszcze takie strefy hańby istnieją – w Zwierzyńcu na przykład. Tutaj nie lubi się innych. Inny jest zagrożeniem.







