Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem

Data wydarzenia: 
27 maj 2023
koncert Jude w Warszawie, fot. Damian Dragański
koncert Jude w Warszawie, fot. Robert Urbaniak
koncert Jude w Toruniu, fot Javiki
koncert Jude w Toruniu, fot Javiki
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
okładka albumu „Combat Exhaustion”
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem
Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Rozmowa z Wiktorem Skokiem

Marek S. Bochniarz: Jednym z ostatnich wydawnictw Jude jest intrygujące wznowienie albumu Combat Exhaustion z 2003 roku, wydane w październiku 2021. Czy mógłby Pan opowiedzieć, skąd decyzje, by właśnie ten materiał wypuścić ponownie po latach – i o kontekście, w którym powstał?

Wiktor Skok: Powstawał inaczej, niż wszystkie pozostałe płyty. Nagraliśmy go zupełnie samodzielnie, bez żadnego producenta czy realizatora – ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli dosyć dużymi niedostatkami jakościowymi zarejestrowanego materiału.

Muszę przyznać, że – co było dla nas szokujące – Combat Exhaustion bardzo się spodobał poza naszym krajem, i to bardziej niż tutaj, na miejscu. Album zebrał odzew w innych miejscach, bo w dosyć dziwny, powikłany sposób jego wydanie zbiegło się z eksplozją popularności black metalu w kręgach undergroundowych i kręgach muzyki mrocznej. Było to dla nas dosyć dziwne, bo nikt z nas nie gustował w metalu – nawet go nie cenił. Szczególnie obce nam były jego inklinacje ideologiczne i parareligijne. Śmieszył nas również sam image black metalowych zespołów i raczej nie spoglądaliśmy w tamtym kierunku.

Co fani black metalu usłyszeli im bliskiego na tym albumie?

W Combat Exhaustion niektórzy słuchacze z Niemiec czy Włoch odnaleźli jakiś powiew „Złego”, posiadający pewne analogie do black metalu. Prawdopodobnie nie bez znaczenia był prymitywizm tej płyty. Ma ona elementy, które prawdopodobnie charakteryzują także wiele produkcji black metalowych – niską jakość nagrania, brak kompresji, przester. Mówię „prawdopodobnie”, bo prawie wcale nie znam black metalu. Wyjątkiem jest Hellhammer, Venom czy wczesny Celtic Frost, które poznałem za pośrednictwem swoich kolegów w latach 80., gdy te rzeczy były nowe i trafiały również do kręgów punk. Oczywiście znałem także Bathory, ale na tym kończyła się raczej moja wiedza o black metalu.

Combat Exhaustion jest prymitywny i bardzo prymitywnie nagrany. Nie będę wnikał w techniczne strony tego epizodu, ale cieszę się, że użyliśmy tam instrumentów a nie zastąpiliśmy wszystkiego komputerowymi ułatwieniami, jak wówczas czyniło wielu muzyków. Combat Exhaustion jest dokumentem chwili. Potem nigdy już w ten sposób nie nagrywaliśmy. Wielu ludzi, którzy chcieli usłyszeć od nas podobny materiał parę lat później, kiedy zrealizowaliśmy kolejne rzeczy, spotkało rozczarowanie…

Do czego odnosił się tytuł?

Tytuł Combat Exhaustion ma pewien konkretny wymiar. W ten sposób określa się zespół skrajnego wyczerpania działaniami w terenie w trakcie konfliktu zbrojnego. To dolegliwości natury psychicznej, występuję u żołnierzy po długotrwałych walkach, dłuższym przebywaniu w strefie bezpośredniego zagrożenia życia. Poza uniwersalną wymową tytułu dostrzegliśmy jego bliski, partykularny wymiar. Zachowując oczywiście proporcje, w owym czasie czuliśmy się podobnie. Znajdowaliśmy się w martwym punkcie, wyczerpani waleniem głową w ścianę i brnięciem w polski marazm. Poza nielicznymi wypadkami, raczej nikt nie porywał się na bezpośrednią konfrontację z Jude. Zmagaliśmy się raczej z krytą niechęcią. Natrafiliśmy na krajową martwicę, flautę oraz beznadzieję. Była to permanentna cecha polskiej rzeczywistości w ogóle, jak i stan, który wówczas przeorał dotkliwie scenę muzyczną i artystyczną w kraju.

Dlaczego?

Na przełomie wieków nadwerężona została nie tylko tzw. alternatywa, scena niezależna, undergroundowa, hardcore'owa, czy punkowa. Był to żałosny czas dla całej kultury w naszym kraju. Przeciętni odbiorcy zajęli się wówczas dorabianiem się, urządzaniem sobie domów, harówką w polo-kapitalizmie, w przekonaniu, że nareszcie przyszedł czas na konsumpcję. Cała energia, która wybuchła na początku lat 90., nagle wygasła. Publiczność, odbiorcy sztuki i muzyki, a przede wszystkim jej promotorzy poczuli się zdezorientowani.

Nowa era nadprodukcji bodźców zawróciła w głowach i pogrążyła Polaka w kolejnych kompleksach. Ludzie przestali wierzyć w to, że jakakolwiek muzyka poza popem i czymś, co przynosi natychmiastowy zysk ma w ogóle sens. Nie mówię tu tylko o świecie tzw. komercji, menadżerach stojących na czele dużych labeli, czy większych agencjach. Mam na myśli scenę niezależną, artystów alternatywnych. Ta scena sięgnęła wówczas dna. Reperkusje są odczuwalne do dzisiaj. Bardzo wiele rzeczy zostało wtedy pogrzebanych. Wiele osób, które z energią i wiarą weszło w lata 90., porzuciło wówczas tworzenie muzyki czy sztuki. Katastrofalne było to, że sama „awangarda”, „alternatywa” – dotychczasowa siła progresywna – zwątpiła w swój własny sens.

Dlaczego akurat tak ten okres wyglądał?

Jak wyglądał – chyba wszyscy jeszcze pamiętamy. Dlaczego? Brak mi na to dobrej odpowiedzi. Forsowna transformacja nie jest jedynym wytłumaczeniem. Wszelkie patologie przemian nałożyły się na immanentne bolączki. Zadziałały typowe polskie kompleksy, ubóstwo materialne, mentalne, infrastrukturalne, surowcowe. Objawiał się w tym prowincjonalizm i zachłyśnięcie się pokazową konsumpcją, która zaczęła obejmować szersze kręgi społeczeństwa.

Rodacy zaczęli się urządzać, meblować sobie mieszkania, domy. Kupowali nowsze wyposażenie, wybierali chromowane klamki, błyszczące poręcze, wykładziny piękniejsze od tych dostępnych w PRL [śmiech]. Na wyciągnięcie ręki pojawiły się wreszcie rzeczy, które dotąd widziano tylko „gdzieś tam”. Nastąpiła eksplozja tego tzw. gusto polacco, zachłyśniecie się możliwościami nowych komputerowych programów graficznych… ogólna lawa syfu i kiczyzny. Śmieję się trochę z tego, ale była to sytuacja żałosna i dotkliwie paraliżująca. Gdy myślę o kręgach względnie mi bliskich – najbardziej żałosne było to kapitulanctwo i ten stadny, poddańczy pęd ku forsie…

Śmieszy mnie dziś, gdy widzę te same persony, latami zarabiające na sprzedaży syfu, nakręcające polską, kolorową spiralę fajansu, laureatów sukcesu „nowych czasów”, jak każą teraz wszystkim być „eko”. Latami zbijali lukratywne koko w agencjach reklamowych, bezwzględnych korporacjach, a teraz pieją o ochronie planety i chcą zabraniać plastiku. Zarobili forsę wciskając ludziom niezdrowy, bezmyślny szit, dorobili się wygodnej bazy, a teraz odgrywają rolę orędowników zdrowego stylu życia i antykonsumpcji. Uboższym, „przegranym transformacji” proponują nie „skupiać się na pieniądzach”… Odrealnieni, oddaleni od prostych problemów „pospolitego rodaka”, mieszkając w swoich azylach, chcieliby teraz narzucać i zakazywać – wciąż z tym samym aroganckim poczuciem misji i wiary we własną rację. Gdzie nie spojrzeć, media są pełne tego nowego, neo-bełkotu.

A zatem jak obecna sytuacja wygląda dla sceny niezależnej, dla muzyki alternatywnej – także w Łodzi?

Jak określić sytuację dzisiejszej sceny undergroundowej w Polsce czy Łodzi? Trudno byłoby to opisać w krótkich zdaniach. Jestem częścią problemu, kwestią, a nie odpowiedzią… Takie podsumowania to zadania dla dziennikarzy, krytyków, analityków.

Co pojawiło się nowego?

Od początku nowego wieku i eksplozji internetu w odbiorze muzyki i całej okołomuzycznej aktywności rynku, sceny, przepływu informacji, fluktuacji trendów pojawiły się zupełnie nowe kwestie. Media cyfrowe, a przede wszystkim zjawisko downloadu, powszechnego streamingu zmieniły oblicze muzyki we wszystkich jej wymiarach…

W czym się to przejawia?

Istnieje bardzo wiele tendencji i równoległych rzeczywistości, które nawet się ze sobą nie zazębiają. Jest wiele centrów i liderów opinii. Już od dawna trudno jest przy tym mówić o dominacji jednego trendu. Jeśli chodzi o nową muzykę, bardzo wiele z niej istnieje tylko w postaci widmowej, czyli wyprodukowanej w domowych studiach i wypuszczonej w internecie. Te twory nie działają nawet jak zespoły – są to po prostu anonimowi jednostki, które maja jakąś nazwę, grafikę i wytwarzają wokół siebie „legendę”. Nie funkcjonują jednak w realnej rzeczywistości i nie występują live. Zdobywają niemniej pewną popularność. Niedługo zresztą przyjdzie czas A.I. – tym teraz ekscytuje się gawiedź. Oczywiście w przeszłości również operowali producenci seryjni lub teamy producenckie, wypuszczając taśmowo hity, do których śpiewali lub udawali śpiew modele z castingu. Jednak jakość muzyki tworzonej w studiach, na instrumentach, maszynach, przez istoty żywe była czymś innym od tracków zrobionych na laptopie…

Czy śledzi Pan te zmiany?

Prawdę mówiąc, nie śledzę z wielką uwagą aktualnych trendów w muzyce, nawet w tej undergroundowej czy klubowej. Oczywiście w jakiś sposób się o nie ocieram, ale od większości z nich się dystansuję. Zbyt długo żyję w muzyce, aby można było mi wmówić, że coś jest świeże i nowe.

Jak w Pana uszach wypada sztuczna muzyka względem tej, jaka jest grana na żywo?

Wielogłos w muzyce ma swoją wartość. Wydaje się, że można odróżnić sztuczną muzykę stworzoną na komputerze od tej, która jest wykonana na prawdziwych instrumentach. Cenię sobie własne wybory w muzyce i raczej brak w nich miejsca na surogaty. Razem ze swoim zespołem, jak też i w ocenach tego, co lubię i w jakiej muzyce się poruszam – akcentuję znaczenie rzemiosła, grania live, prawdziwego występu na scenie. Czy to będzie muzyk używający laptopa, sterowników, czy zespół pocący się na scenie, to zdolność do prezentacji swojej muzyki live będzie miała swoją wagę. Są to dla mnie jakości, których można dotknąć i odczuć. Może poza Haus Arafna… ale  „Arafnas” jako żywi ludzie przychodzą na koncerty innych muzyków…

Czy w nowej muzyce wciąż zatem da się odnaleźć inspiracje?

W aktualnej muzyce dzieje się niewiele rzeczy, które są godne swoich inspiracji. Większość inspiracji muzyków obwoływanych innowatorami jest natychmiast rozpoznawalna. Najgorsza jest jednak sytuacja, gdy muzycy próbują naśladować naśladowców. Kopie kopii poprzez kolejne kopie… Wielu młodych ludzi, którzy aktualnie zaczynają swoją przygodę z muzyką czy sztuką, rozpoczyna od analizy rynku i wybiera to, co dziś może przynieść sukces. Jest to straszne zjawisko. To podejście, które niszczy nie tylko samą twórczość, ale i tych ludzi. To dowód na syfilis dzisiejszych czasów.

A co dobrego przyniosły ostatnie lata?

Warty odnotowania jest powrót do dobrej muzyki z przeszłości. Rzeczy, które były wzgardzone jeszcze kilka lat temu, nagle zyskały na popularności, nieoczekiwanie stając się „nowym” trendem. Mam tu na myśli na przykład renesans dark wave, post punk, EBM, electro industrial. Jeszcze całkiem niedawno muzyka nowofalowa, dark wave’owa, industrialna, postindustrialna znajdowała się w całkowitej pogardzie. Witaj nowy, wspaniały świat! Nie potrzeba nam „dołów"”z lat 80.! Pamiętam dobrze czasy, gdy nawet słowo „techno” stało się czymś wstydliwym na scenie klubowej. Wszyscy używali pojęć typu minimal, deep. Techno w Polsce było utożsamiane z imprezami Mayday. Powszechnie uważano, że jest już passé i brakuje mu wyrafinowania. W ciągu ostatnich kilku lat ten punkt widzenia uległ sporej zmianie. Obecnie mamy do czynienia z restytucją techno, a przede wszystkim rewizją podejścia do samego terminu „techno”.

Tak więc, powróciła dark wave, mroczna muzyka goth industrial itd. Jest na nią nawet moda. Do łask wróciły ubiory black i wariacje gotycyzmów. Masowość trendów prawie zawsze oznacza trywializację. Muzyka klubowa stała się aktualnie „ciemna”. Ale w tym industrialnym i technoindustrialnym graniu niewiele już widać etosu. W postawach nie widać zbyt wiele zrozumienia dla prawdziwej kultury industrialnej. To raczej jakby przejęcie z drugiej ręki powierzchownych atrybutów, używanie brzmień, znalezionych wizualiów. Sprawa chwili, a niedługo pora na następny trend. Next.

Wspomniał Pan o EBM. Stąd mam pytanie – jak wypadła organizacja w Łodzi Międzynarodowego Dnia EBM w roku ubiegłym i obecnym?

Cóż, EBM nazywany bywał muzyką do tańca dla maniaków hałasu i old schoolowego industrialu, zupełnie nie tanecznej, eksperymentalnej muzyki atonalnej. Electronic Body Music był w jakiś sposób antytezą radosnej dyskoteki. EBM DAY to wykreowanie takiej umownej „tradycji”, traktowane z przymrużeniem oka i sporą dozą autoironii. Organizowałem EBM DAY cyklicznie. W zeszłym roku (2022) impreza miała miejsce w czwartek, zbiegając się w czasie z atakiem na Ukrainę i wybuchem wojny. Udała się jednak przednio, bo napłynęło wiele osób i bawiło się do późnego wieczora. Oczywiście robiliśmy to wszystko z wiedzą, co zaczyna się dziać w pobliżu. Ale musimy mieć świadomość, że nawet podczas jednych z najgorszych wojen w najnowszej historii – w takich miejscach, jak była Jugosławia na początku lat 90. – również odbywały się imprezy pod bombami. Sądzę, że na Ukrainie aktualnie również odbywają się rave'y, choć na pewno w zupełnie innym wymiarze. Ludzie z energią nigdy nie dadzą się udławić sytuacją historyczną czy tym, co dzieje się wokół. Ważne jest, aby takie ekspresje wolności nie miały miejsca. Dławienie ekspresji inicjatywy to właśnie to, co chcieliby narzucić nam agresorzy. Można oczywiście użyć kontrargumentów typu „oni bawią się, kiedy wokół giną ludzie”, ale to fałszywe podejście.

Już zresztą po samej estetyce nietypowych plakatów, ich bogatej symbolice mam poczucie, że organizowane przez Pana wydarzenia sytuują się raczej poza prostą formą wieczorów z muzyką.

Większość organizowanych imprez – z okazji Międzynarodowego Dnia EBM czy przy innych okazjach – zawsze trochę wychodziło poza konwencję nocnej imprezy z tańcem i bezrefleksyjnym spędzeniem kilku godzin w ruchu. Koncertom czy parties staram się nadawać szerszą formułę. Opatrywane są jakimś pozamuzycznym komunikatem, wizualiami, manifestami, różnymi wymiarami audiowizualnej ekspresji. Zawsze chodzi o to, aby wyjść poza ramy powtarzalnego, beztreściowego, nocnego, gimnastyczno ruchowego „rytuału”, odbywającego się co tydzień bądź nawet codziennie w wielu miejscach na całym świecie.

Zapowiadając tegoroczne wydarzenie, pod koniec lutego napisał Pan na Facebooku:

Ubiegłoroczny DOM EBM DAY zbiegł się z wybuchem wojny w Ukrainie. Motywem grafik towarzyszących wydarzeniu była wtedy sylwetka radzieckiego śmigłowca szturmowego Mi-24 (kod NATO: Hind). Mimo że konstrukcja ma ponad 50 lat, udoskonalana nadal sieje śmierć i zniszczenie. Obie strony wojny korzystają z helikopterów Mi-24…

24.2.22 w DOM jeszcze tego samego dnia reagowaliśmy na sytuację, umieszczając czytelne update na naszych flyerach i plakatach. Mimo smętnej sytuacji "pogodzenia się" z tandetą, kiczem i ściemą życia publicznego/państwowego A.D. 2022, absolutnym pozytywem jest wsparcie, jakie otrzymali od nas nasi sąsiedzi.

(...)

W 2023 w rocznice wybuchu wojny zamierzamy dalej kontynuować tradycję. Nie rezygnujemy ze swoistej "celebracji". Być może tego właśnie pragnęliby smutni i głupi ludzie, którzy najchętniej nakazaliby wszystkim wokół, przymusową bezczynnością, czcić swoje gnuśne "niedziele i święta"…

Dotychczasowe 24. 2 tytułowane były DOM EBM DAY. Korzystamy teraz z gościnności klubu Przestrzeń. Warto używać oferty tego przyjaznego miejsca, jego miesiące są także policzone!

Dlaczego policzone?

Więcej wiedzą na ten temat właściciele klubu. Nie kończąc swojej przygody z muzyką i bycia promotorem czy kuratorem projektów muzycznych i wokół muzycznych, aktualnie współpracuję z łódzkim klubem Przestrzeń. Idea miejsca zrodziła się jakiś czas temu, od samego początku ludzie, którzy go stworzyli, mówili o temporalności tego przedsięwzięcia. Na ścianie klubu i na jego oficjalnych stronach jest umieszczony licznik. Wyświetlane są na nim dni do końca działalności. Z każdą chwilą jest tych momentów coraz mniej. Teren Piotrkowska 217 ma w najbliższych latach zostać wypełniony zabudową biurową i mieszkaniową. Świetnie się rozumiem z ekipą klubu Przestrzeń. Póki co, nasza współpraca jest owocna. Będę się starał, aby trafiła tam część mojej energii. Sytuacja jest jednak inna, niż w klubie DOM, gdzie byłem „u siebie”, w swoich kątach i o wiele łatwiej było mi robić wszelkie akcje.

Jak zostały zaplanowane występy Jude na trasie koncertowej pod koniec marca z Gash Faith i Larmo w Poznaniu, Toruniu i Warszawie?

Jeszcze inaczej, niż na poprzedniej, kiedy występowaliśmy z Antigamą. Tym razem mieliśmy tu większą spójność stylistyczną. Choć muszę zaznaczyć, że bardzo dobrze się rozumiemy z Antigama. Są wyjątkowym zespołem.

Tym razem zagraliśmy inne utwory i w trochę odmiennych aranżacjach. Mogliśmy też bardziej rozwinąć nasz program niż na jesiennych koncertach, gdy byliśmy short supportem. Estetycznie skład zespołów reprezentował też większą spójność. Larmo i Gash Faith w różny sposób emanują industrialnym duchem – od czystej elektroniki tworzonej przez Mirosława Matyasika z szeroko znanego C.H. District, przez Gash Faith Łukasza Lipskiego (skądinąd podpory zespołu Jad) interpretującego na swój sposób dziedzictwo Godflesh, Dead World czy Pitch Shifter, po nas. Graliśmy w systemie „raz dwa trzy”: Larmo (solo), Gash Faith (duo) i Jude (trio – Jacek Walczak, Michał Wojewoda i ja). W efekcie występy pokazywały różne sposoby na tworzenie muzyki mechanicznej. Były to autentyczne koncerty, zagrane na żywo, bez użytkowania prefabrykowanych patternów – na instrumentach, a nie na komputerach wypełnionych widmowymi pluginami. Bez względu na przeszkody i pewne niedostatki, pokaz live daje siłę i konfrontuje z prawdziwym wymiarem muzyki. Jest w tym nadal bardzo wiele autentycznej ekspresji i prawdziwego, rudymentarnego podejścia, niewystudiowanego i nieprzefiltrowanego przez analizę tego, co jest aktualnie lubiane w internecie.

Jakie najbliższe plany ma zespół Jude?

W najbliższych chwilach przymierzamy się do rejestracji nowego materiału. Zaraz zresztą mamy próbę. Póki co, nie kończymy, kontynuujemy. Dźwięk / obraz / światło / słowa / hasła – tyle zostało jeszcze do zrobienia…

 

informacje o albumie Jude Combat Exhaustion
premiera reedycji: 20 października 2021
nagrania zrealizowano w Łodzi na przełomie 2002 i 2003 roku
zespół Jude: Jacek Walczak, Konrad Grajner, Anna Krupska, Wiktor Skok, Łukasz Franek

© Copyright 2014